
Po primo. Jesteśmy mistrzami w strącaniu kasztanów. Miszczuniami. Następnym razem bierzemy profesjonalny sprzęt w postaci koszyka, żeby łupy udźwignąć, bo pustych kieszeni brakowało, a mamina przepastna torebka pękała w szwach.
Secundo. Lenon zapomniał jak się chodzi. Chodzenie jest nudne. Przeraźliwie. Bieg to jest to. Bieg z rozwianym włosem. Z falującą kiecą. (Że też jej na Maraton Warszawski nie posłaliśmy! Chociaż...nic straconego, przed nami jeszcze Bieg Trzech Kopców)
Bo z rozwianym wlosem najprzyjemniej:) A my jeszcze na łupach kasztanowych nie byliśmy więc zazdrościmy tych pękających w szwach kieszeni:) Pozdrawiam jesiennie:)
OdpowiedzUsuńmusicie się spieszyć! takich łowców jak my jest wielu, a towar deficytowy:) pozdrawiamy!
UsuńNo i wykrakałaś chyba bo ostatnio na spacerze to nawet jakieś babcie nas ubiegły i krasnal musiał pocieszyć się tylko kilkoma zdobyczami:P
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńI u nas wczoraj łowy były :) Mnóstwo kasztanów i żołędzi zdobytych i już zamienionych w koniki, pieski, jeże oraz rzecz jasna kasztanowe ludziki w kapeluszach :)
OdpowiedzUsuńPrzytulnie tu u Ciebie. Pozaglądam. Pozdrawiam ;)
u nas produkcja jeszcze nie ruszyła:) pozdrawiam, rozgość się:)
Usuńna kasztany z wiadrem :) powaga
OdpowiedzUsuńwidziałam Wasz niezbędnik:) czuję się przekonana:) wycofuję się z kosza;)
Usuń